Parenting

Alfabet świeżego rodzica: D jak daj sobie spokój!

Muszę przyznać szczerze, że długo zastanawiałam się, co na literę “D” mogę tu wrzucić. Pomysłów miałam dość sporo, ale ostatnie “wydarzenia” i moje przemyślenia doprowadziły mnie do takiej refleksji. Pomyślałam więc: “daj sobie spokój z tymi rozkminami i weź to w końcu napisz” 🙂

A wszystko zaczęło się od…

… tego wpisu. Napisałam tam, że jestem zaskoczona swoją niepewnością w macierzyństwie. Bo wiecie, ja nie uznawałam, że będę wszystko od razu wiedzieć. Wiedziałam, że sporo się muszę nauczyć i że pewnie będę się uczyć przez całe życie wraz ze wzrostem moich dzieci:) Ja po prostu myślałam, że będę mniej przerażona. Dużo mniej…
Jednak po opublikowaniu tego wpisu dostałam sporo informacji zwrotnych od osób, które znają mnie osobiście i widzą “na żywo” moje zmagania. W tych wiadomościach to z kolei oni byli bardzo zaskoczeni, że ja taka niepewna siebie! Bo ponoć sprawiam wrażenie zupełnie odwrotne. Z ich obserwacji to ja bardzo umiem w macierzyństwo! Nawet jedna koleżanka, mająca na stanie malucha niewiele młodszego od mojej córki, stwierdziła, że… uwaga, uwaga!.. bardzo lubi się mnie radzić! RADZIĆ!!! No szalona!

Ale te wiadomości dały mi do myślenia. I wiecie co wymyśliłam? Po pierwsze: że występowanie w teatrze w liceum widać się na coś przydało, skoro nikt się nie pokapował :). A po drugie: że skoro nie widać tego na zewnątrz… to to wszystko jest..

W mojej głowie!

To by się nawet zgadzało, bo ja zwykle za dużo myślę. Większość moich działań poprzedzona jest wielodniowymi rozkminami. Na (prawie) każdą sytuację umiem spojrzeć z innej strony. Ba, żeby to jednej! Rozpracowywaliście kiedyś sytuację na 16 (słownie: szesnaście) różnych stron? Ja tak! Jestem w tym mistrzem! I to okazało się moim przekleństwem…

Z jednej strony to dobrze, że mam taką umiejętność. Niejedna kłótnia dzięki niej została zażegnana, do wielu dzięki niej nie doszło wcale. I to nie tylko na moim własnym prywatnym podwórku – mężowie koleżanek możecie mi dziękować 🙂 No przydaje się, nie powiem. Ale z drugiej strony, ja ciągle coś rozkminiam! I w macierzyństwie to właśnie sprawia, że nie wiem co robić! Bo jak ja mam 16 spojrzeń na sytuację, to które wybrać?! Które jest właściwe?! No jak żyć?!

I tu znów zaczęłam rozmyślać. Skoro wszystko dzieje się w mojej głowie, to znaczy, że tylko ja jestem w stanie się z tym rozprawić. Zaczęłam się zastanawiać, na czym zbudowana jest moja niepewność. Wniosek mnie zaskoczył – ja byłam głęboko przekonana, że wszyscy sobie radzą, a ja nie! Drążyłam dalej. Dlaczego myślę, że ja sobie nie radzę? Dlaczego myślę, że inni zawsze wiedzą, co robić? Czekaj, czekaj… coś tu nie gra…Wszystko jest oparte na moich wyobrażeniach! Ja myślę, mi się wydaje. A one z założenia są błędne!

Sukces dodaje skrzydeł

Nie da się ukryć, że na moją przemianę miał wpływ nasz mały rodzicielski sukces.

Jesteśmy rodzicami dziecka gardzącego snem. W szczególności snem dziennym. W nocy nie ma źle, gdy już zaśnie. Ale usypianie czasem trwało wieki. Bujanie, śpiewanie, miliard prób odłożenia do łóżeczka, godzina snu i cała zabawa od nowa. Zwykle kończyło się spaniem z nami w łóżku. Dla mnie spoko, lubiłam się przebudzić i popatrzeć na moje śpiące dziecko. A i karmienie łatwe, bo nawet na półśpiocha. Tylko, że łóżko wysokie, a my przestaliśmy czuć jak Mała się przemieszcza w nocy.

Przeglądnęłam całe internety w poszukiwaniu sposobu na to, jak nauczyć dziecko spać w łóżeczku. Nie mogłam się zdecydować, jak ją nauczyć spać i czy w ogóle chcę to robić. Oczywiście zostawianie do wypłakania w pustym pokoju odpadało na starcie:) W głowie kocioł: może ona właśnie lubi bliskość, może jednak nasze ruchy w nocy ją budzą, może będzie się bała, a może ją denerwuje moja obecność? Im więcej czytałam, tym większy mętlik miałam. Wszystkie argumenty wydawały mi się racjonalne, nawet jeśli miały potwierdzać zupełnie odmienne tezy. Logicznym wydawało mi się, że dziecko, które zasypia np. na rękach rodzica, przebudzone w nocy, będzie potrzebowało rodzica do ponownego zaśnięcia. Natomiast jeśli dziecko umie zasnąć samo to w nocy może się przebudzić i ponownie samo zasnąć. Z drugiej strony przemawiało do mnie stwierdzenie, że noc jest trudnym czasem dla dziecka i potrzebuje obecności rodzica. Jak to pogodzić?

Z odsieczą przyszedł mąż: startujemy z nauką! Będziemy siedzieć w pokoju, żeby nas widziała, ale nie damy się zagadać.

Wiecie co? Próbowała na początku zagadywać, ale szybko zasnęła! I przespała 4 godziny!

Od tego wieczoru minęły 3 tygodnie, a Mała zasypia sama w łóżeczku (my jesteśmy w pokoju dopóki nie zaśnie) daje się do niego odłożyć w nocy, śpi lepiej niż z nami!

Nie wiem jak długo jeszcze bym czytała, rozmyślała, a nie działała…

Więc już wiem w czym problem! Ja za dużo myślę! A skoro już wiem w czym problem, to znalazłam sposób.

DAŁAM SOBIE SPOKÓJ!

Przestałam rozkminiać. Po prostu działam.

Dobra, wiadomo, że to nie jest tak, że od razu pyk pyk i nie rozmyślam już 🙂 Po prostu staram się, żeby to trwało krócej. Mam 10 minut na myślenie o tym – co wymyślę, to wymyślę, potem zaczynam działać! Coraz częściej na pytanie mojego męża, dlaczego coś zrobiłam, albo dlaczego coś wybrałam, odpowiadam: bo tak chciałam. Nie mówię, że to była najlepsza decyzja, jaką mogłam podjąć. Możliwe, że mogłam zrobić coś innego, co może byłoby lepsze. Ale ta decyzja jest moja!

Przestawiła mi się klapka w mózgu. Przestałam się zadręczać myślami. Nawet nie wiedziałam jak wiele rzeczy dzięki temu sobie ułatwię! I jak wiele rzeczy zrozumiem!

Pozwalam sobie na błędy. Nie zadręczam się. Trudno, najwyżej następnym razem się poprawię. Z jednej strony nie do końca tak można w macierzyństwie – bo co? “Dobra, to to dziecko spiszemy na straty, poprawimy się przy drugim”? 🙂 Ale z drugiej strony – tak właśnie to działa! Jakby nie patrzeć, rodzice też uczą się rodzicielstwa. To dla nas też nowa sytuacja, więc oczywiście, że popełniamy błędy! Czasem da się je naprawić od razu, wyciągnąć wnioski i następnym razem się poprawić jeszcze przy tym dziecku: następnym razem wrócimy wcześniej ze spaceru, następnym razem nie pozwolimy na tyle bajek… A czasem jest to nauka na dalszą przyszłość i do zapamiętania przy kolejnych dzieciach: następnym razem będę dłużej/krócej karmić piersią, następnym razem wcześniej/później  rozszerzymy dietę… Czasu nie cofniesz, możesz tylko wyciągnąć wnioski na przyszłość.

Dałam sobie spokój. Dałam sobie spokój dosłownie. Jakbym go zapakowała w pudełeczko i sobie wręczyła. Naprawdę nie wiedziałam, że to będzie tak oczyszczające!

Jestem spokojna.

Polecam każdemu!

Ty też podaruj sobie spokój!

 

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *