Parenting

Alfabet świeżego rodzica: B jak bejbi blues

To chyba będzie jeden z najtrudniejszych wpisów. Podejrzewam jednak, że co bym nie napisała i tak ktoś, kto tego nie przeżył nie będzie wiedział o co chodzi. I to zupełnie zrozumiałe, na początku sama też tak miałam. Bo jak wytłumaczyć komuś, że spełniają się marzenia, a ja ciągle ryczę i to wcale nie ze szczęścia.

Bejbi blues – smuteczek

Na zajęciach ze szkoły rodzenia położna opowiedziała nam historię. Wchodzi do sali na oddziale położniczym, wszystkie kobiety (sztuk 5) płaczą. Jedna płacze, bo dziecko zabrali na badania (warto zaznaczyć, że rutynowe) i jest jej smutno, że jej dziecko jest tam samo. Druga- bo mąż pojechał do domu i nie odbiera telefonów, nie odpisuje na smsy. Na pewno ją zdradza! Trzy pozostałe wyją, bo ta druga ma takiego kiepskiego męża, że ledwo co urodziła, a ten już do innej pojechał. Chłop zawału by dostał, bo wrócił do domu, poszedł spokojnie wziąć prysznic, wychodzi z łazienki, a tam 150 nieodebranych połączeń od żony i miliard smsów :).
Pamiętam dokładnie, że sala się roześmiała, a ja w swoim notesiku zapisałam “bejbi blues = smuteczek”. Smuteczek?! SMU – TE – CZEK?!?!?

O losie, zadrwiłeś ze mnie za tą notatkę…

Czarna dziura

Pisałam już, że o niczym bardziej nie marzyłam, jak o zostaniu mamą. W mojej głowie początki macierzyństwa wyglądały jak z bajki! Wracamy do domu z Maluszkiem, jesteśmy szczęśliwi jak nigdy! Cudownie, wręcz miodzio!

Tymczasem rzeczywistość okazała się brutalna…

Zaczęło się już w szpitalu. Niepowstrzymywane napady płaczu, właściwie bez powodu. Przeogromne poczucie bezsilności. Siedziałam i wpatrywałam się w swoją wymarzoną córkę i nie wiedziałam co robić. Jak ją podnieść, jak trzymać, jak karmić, jak do niej mówić? Nie wiedziałam co robić i jak robić więc… nie robiłam nic.

Kalejdoskop emocji. Z jednej strony oddychałam z ulgą, gdy przychodziły położne i zabierały Małą na badania. Na chwilę byłam uwolniona od bezsilności. Z drugiej strony wyłam, że Małej nie ma przy mnie.

Codziennie rano chciałam, żeby była już noc. Lubiłam noc. Na noc położne zabierały Małą do siebie. Mogłam spać i nie czuć tej przeraźliwej bezradności, mogłam nie czuć nic.
Przeogromnie chciałam cofnąć się w czasie i zmienić swoją decyzję o macierzyństwie.
Miałam ochotę wyskoczyć z okna, a jedynym, co mnie powstrzymywało to fakt, że nie potrafiłam się zdecydować z którego…

Odwiedzająca mnie rodzina zachwycała się dzieckiem. Że prześliczna, cudna, fantastyczna… Ja, z wyrzutami sumienia i wstydem, patrzyłam na nią i myślałam: dziecko jak dziecko. Do dziś mi za to wstyd…

Do dziś nie chcę oglądać zdjęć mojego dziecka, które zrobiłam w szpitalu, bo wracają wspomnienia tego niewyobrażalnie trudnego czasu.

Po czterech dniach pobytu w szpitalu nadszedł czas powrotu do domu. Powrotu, na który tak czekałam, łudząc się jeszcze, że to szpitalny klimat mnie tak dobija. Głęboko wierzyłam, że w domu będę sobą, a nie rozhisteryzowaną kluchą!

Pamiętam, to był piątek. Czekałam na obchód jak na zbawienie, bo podczas obchodu miała być decyzja, czy idziemy do domu. Pamiętam, że długo do mnie nikt nie przychodził. Byłam przekonana, że o mnie zapomnieli, bo w sali byłam sama (współlokatorka wyszła dzień wcześniej). Chodziłam więc do pielęgniarek i prosiłam, żeby ktoś do mnie przyszedł! Gdy w końcu przyszła pani doktor, zaczęła opowiadać o wynikach mojego dziecka, o zaleceniach, ale prawdę mówiąc niewiele ją słuchałam. Chciałam tylko usłyszeć, że wracamy do domu i prawie na nią nakrzyczałam, chociaż była naprawdę przemiła.

Wychodzimy! Hura!

Hura? Hola, hola, nie tak szybko!

W samochodzie wyłam całą drogę. Caluśką! Mimo przeogromnej radości z wyjścia do domu, zastanawiałam się czy nie mogłybyśmy zostać w szpitalu co najmniej do 18-tych urodzin mojego dziecka! Przynajmniej miałaby fachową opiekę!

Do opieki dwójka..

Mąż był z nami w domu tydzień. Przyglądałam się, jak zajmuje się naszym dzieckiem i… płakałam, a jak! Z jednej strony wzruszała mnie czułość, z jaką podchodził do Małej. Jak mówił do niej spokojnym tonem, jak powolutku ją pielęgnował, przewijał. Widać było, że ją to odpręża, uspokaja, jak kojąco działał na nią jego głos. Z drugiej strony wyłam ze strachu! Że jak tak nie umiem, że w moich ruchach jest mnóstwo chaosu i stresu, a w głosie przeraźliwy strach i rozpacz. Umiałam uspokoić swoje dziecko jedynie piersią.

Przez ten tydzień mój mąż zajmował się wszystkim. Gotował, prał, sprzątał, zajmował się dzieckiem – oprócz karmienia, bo karmiłam ja piersią. Chociaż w pewnym sensie on też karmił, bo to on stał nade mną i doradzał jak przystawiać Małą. W pewnym sensie karmił też mnie, bo jedzenie było daleko na liście priorytetów w mojej głowie. Właściwie w ogóle go nie było..

Co robiłam wtedy ja? Nie wiem. Naprawdę nie wiem… Niewiele pamiętam z tego okresu…

Oprócz tych paskudnych emocji…

Pamiętam taką scenę: jest poniedziałek, dzień powrotu męża do pracy. Jemy śniadanie. To znaczy mąż je, bo ja nie jestem w stanie jeść i płakać. Błagam go wręcz, by został z nami. Czuję, wiem, że nie dam rady…

Tak naprawdę do dziś nie wiem, która z nas wymagała wtedy większej opieki…

Hormony, nienawidzę was!

Przez was straciłam trzy miesiące. Trzy miesiące, kiedy byłam rozdygotanym kłębkiem nerwów i płaczu! Trzy miesiące, które mogły być przepięknym czasem, czasem radości i przepięknych chwil. Dla mnie są czarną dziurą…

Bałam się wyjść z domu. Bałam się ludzi. Myślałam, że wszyscy mnie oceniają, że czekają na mój błąd. Miałam wrażenie, że wszyscy zajmują się moim dzieckiem lepiej niż ja.

Nie umiałam podjąć żadnej decyzji odnośnie mojego dziecka. Wyrocznią stała się dla mnie położna środowiskowa, jej słowa były dla mnie świętością. Wszystkie działania miały jeden powód: położna tak mówi..

Dziś, gdy widzę radość matek w pierwszych tygodniach macierzyństwa czuję żal. Żal, że mnie to ominęło. Żal, bo tak właśnie wyobrażałam sobie początki mojego macierzyństwa.

I zazdrość. Tak, zazdroszczę tak wspaniałego czasu, który mnie ominął..

Miała być radość. W rzeczywistości był paraliżujący strach.
Miały być spacery z dzieciątkiem. W rzeczywistości siedziałam zamknięta w domu prawie 2 miesiące.
Miało być zupełnie inaczej…

To nie jest zwykły strach!

Wiele razy w tym strasznym czasie słyszałam, żebym się nie bała. Że to przecież nowa sytuacja, że wszystkiego się nauczę, że będę dobrą mamą. Tyle, że ja to wiedziałam. Wiedziałam, że będę dobrą mamą, wiedziałam, że wszystkiego się nauczę. Tylko, że to nie o to chodziło…

Tylko, że to nie był zwykły strach. To paskudztwo zżerało od środka. Paraliżowało ruchy. Tłumiło myślenie. Wiązało ręce. Odkręcało zawór łez. Odbierało rozum..

Dwa długie miesiące wracałam do siebie.

I chyba wciąż jeszcze nie wróciłam na dobre.

 

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *