Dziecko, Parenting

“Urosły Pani piersi w ciąży?” czyli moja historia karmienia piersią :)

Właściwie to jeszcze nie historia, bo “mleczna droga” wciąż trwa, chociaż musi się już chylić ku końcowi, ale dziś nie o tym.

Dziwnie czuję się w obowiązku zaznaczyć, że nie jestem “karmiczną” terrorystką. Nie uważam, że matki nie karmiące piersią są złe i nie chcą dobrze dla swoich dzieci (serio, z takimi opiniami się spotkałam!). Każdy robi, co uważa za słuszne. Ja karmić piersią chciałam i postanowiłam o to walczyć. Ale od początku…

Ona jest ciągle głodna!

Jak już pisałam, w szpitalu dokarmiałam Małą. W pierwszą noc w domu też. Ciężko przecież ocenić, ile i czy w ogóle dziecko zjadło! Czekałam cały weekend na położną, coby coś podpowiedziała. Sprawdziła, czy Mała umie ssać, czy w cyckach coś w ogóle jest. Werdykt: dziecko przepięknie ssie, aż dziw, że niespełna tygodniowe maleństwo tak daje radę!

No miód na me serce!

Przez pierwsze dwa, może trzy tygodnie udało nam się wypracować rytm: jedzenie, 2 godziny snu, jedzenie, 2 godziny snu. Po tym czasie sprawa się rypła. Mała zasypiała tylko podczas jedzenia, nie dawała się odłożyć, ciągle płakała. Uspokajała się tylko przy piersi. Wyobraźcie sobie ten armagedon: matka z bejbi bluesem i ciągle płaczące dziecko. Ojciec nie miał łatwego życia :).

Przyznam szczerze – ryczałam razem z nią. Gdy zasnęła – próbowałam odłożyć, gdy zaczynała znów płakać -wyłam razem z nią . Z jednej strony nie wiedziałam, co się dzieje, dlaczego ciągle płacze. Z drugiej byłam już zmęczona tymi ciągłymi karmieniami. W głowie myśli, że to niemożliwe, żeby była ciągle głodna!

Nie pomagasz!

Każdy, kto nas odwiedzał i widział mój stan, miał dla nas złote rady:

  • ona jest głodna
  • kup sobie mleko 3,2%, widocznie masz słabe mleko
  • nie masz w ogóle mleka
  • daj butelkę!

Nosz k… ! Każda z tych rad mnie dobijała.

[Tutaj muszę oddać słuszność kilku osobom, których rady i wsparcie trzymały mnie przy życiu 🙂 w szczególności Siostro Małgorzato, thank You!!]

Bardzo uczepiłam się myśli o skoku rozwojowym. Nawet położna, z którą byłam w kontakcie sugerowała, że to może być to. Odliczałam więc dni, bo skoro internety powiedziały, że 7 dni trwa skok, a minęło już 5, to za dwa dni wszystko się unormuje. Nie unormowało się? A, bo pewnie źle policzyłam! Zacznę od nowa, to na pewno nie doliczę do 7 dni. Doliczyłam! Z 4 razy!

Tego już za wiele!

Do tego Mała przestała spać w dzień. O ile w nocy spała całkiem nieźle, to w dzień ciągle czuwała, nie licząc króciuteńkich drzemek przy piersi. Chociaż nie, nie czuwała. Ona się darła. PRZE-RA-ŹLI-WIE-SIĘ-DAR-ŁA! Gdy tylko odsunęłam ją od piersi, darła się wniebogłosy! Ojciec dziecka nie widział, bo ciągle była do mnie przyklejona. No, chyba, że zerknął w ułamku sekundy, kiedy odsunięta od piersi jeszcze nie zakumała, że już jej nie ma.

Stwierdziłam, że tego jest za wiele! Że ja zaraz oszaleje! Że sama sobie z tym nie poradzę! Że jeśli jeszcze raz zapłacze zaraz po jedzeniu to strzelę se w łeb!

Miałam dwa podejrzenia:

a. albo Mała z jakiegoś powodu nie może spać, płacze ze zmęczenia i tylko pierś przynosi jej ukojenie,

b. albo nie śpi, bo jest ciągle głodna!

I postanowiłam poszukać pomocy.

Następnego dnia umówiłam się do neurologa i poradni laktacyjnej. Szczęśliwie wizyty wypadły w ten sam dzień, rano – neurolog, popołudniu – poradnia.

Neurolog

Opowiedziałam Pani Doktor z czym przychodzę. Po wnikliwym przebadaniu Małej, usłyszałam, że neurologicznie jest cudnie! Wszystko gra, Mała jest okazem zdrowia, tu nie ma żadnego pola do działania. Oczywiście, ucieszyłam się ogromnie, że wszystko jest ok. Ale z drugiej strony, miałam nadzieję, że Pani Doktor znajdzie jakiś maluteńki szczególik, który po leciuteńkiej korekcji pozwoli Małej spać w dzień!!! Nie, żeby jakaś poważna choroba i długie leczenie, broń Boże!! Tylko maleńkie, maciupkie coś, które przeszkadza jej spać!

Zalecenia: skoro dobrze śpi na spacerze to wychodzić jak najczęściej.

Zima, drugie piętro bez windy, znosić wózek jak najczęściej. Woohoo!

Poradnia laktacyjna

W rozmowie telefonicznej Pani poprosiła, by zaplanować karmienie na czas wizyty, żeby maluszek chciał się przyssać.

“Pff, proszę Pani, żaden problem! Przecież ja z tym przychodzę!” 🙂

Trafiliśmy do przecudownej poradni! Konsultacja trwała półtorej godziny. Pani Ania (pieszczotliwe nazywana przez nas laktatorką:)) przeprowadziła bardzo wnikliwy wywiad z nami, zadając pytania o m.in. o częstotliwość karmienia (permanentne), o ilość karmień (jedno – zaczyna się rano i trwa do nocy!) i o mój biust, którego rozmiar zdawał się odgrywać dużo większą rolę niż przypuszczałam 🙂

Pani Ania, oglądając moje piersi (jakkolwiek to brzmi), zadała pytanie: “Urosły Pani piersi w ciąży?”. Ja, zgodnie z prawdą, odpowiedziałam, że tak, bo faktycznie różnica widoczna. Ale chyba tylko dla mnie, bo moja odpowiedź wyraźnie zdziwiła panią Anię, która wypowiedziała tylko: “o! tak? urosły?!”. W głowie pewnie dopowiedziała “oesu, to są urośnięte cycki?! To co ona miała przed ciążą?!” 😀 Jak tylko usłyszała co powiedziała, wyraźnie się zmieszała, zupełnie niepotrzebnie, o czym zapewniliśmy ją nie mogąc powstrzymać się od śmiechu, bo przecież widzimy stan faktyczny, a z faktami kłócić się nie da.

Potem nastąpiła rozmowa z Małą (tzn. Pani Ania do niej mówiła, a Mała standardowo się darła) i baczna obserwacja, jak się karmimy. A właściwie jak próbujemy się karmić, bo okazuje się, że… Mała nie jadła! Tak, tak! Moc ssania była całkiem dobra, ale technika już nie!

Pani Ania poinstruowała nas co dalej, pokazała, jak przystawiać do piersi, nauczyła rozpoznawać, kiedy Mała efektywnie ssie (czyli po prostu je), a kiedy należy poprawić przyłożenie i przystawić ją ponownie. Do tego po wizycie dzwoniła i pytała jak nam idzie. No cudnie! Czułam się naprawdę otoczona opieką i zaczęłam widzieć światełko w tunelu. I nie był to przejeżdżający mnie pociąg.

Nie poddawaj się.

Czy kontakt ze specjalistą to rozwiązanie problemów? W naszym wypadku zdecydowanie tak. Nie poradzilibyśmy sobie z tym sami. Problem był natury technicznej – Mała miała przykrótkie wędzidełko.
I tak, sprawdzano to w szpitalu, sprawdzała też położna i pediatra.
I nie, nie stwierdzili żadnych odchyleń.
Bo faktycznie, według laryngologa, było lekko przykrótkie, ale na tyle, że sprawiało problemy z karmieniem. A to można było zauważyć dopiero bacznie się przyglądając samemu procesowi jedzenia. I to właśnie zrobiła Pani Ania, za co jesteśmy jej niezmiernie wdzięczni!

Jestem przekonana, że gdybyśmy się nie zgłosili do poradni laktacyjnej, to szybko zakończylibyśmy karmienie piersią. A tego nie chcieliśmy. Gdyby okazało się z jakichś powodów, że karmienie piersią musielibyśmy zakończyć to trudno. Pewnie bym to odchorowała, ale przecież wiadomo, że nie będę głodzić dziecka. Jednak chciałam wykorzystać wszystkie drogi, spróbować wszystkich rozwiązań zanim się poddam.

I Tobie też to radzę! Jeśli coś Cię niepokoi, jeśli z czymś sobie nie radzisz, jeśli chciałabyś coś zmienić, czegoś się dowiedzieć – nie bój się prosić o pomoc! Siostry, mamy, teściowej, koleżanek, innych mam. Na pewno niejedna z nich miała podobny problem, może udało jej się znaleźć rozwiązanie, które zadziała u Ciebie. Musisz jednak wziąć poprawkę na to, że najlepszą reakcją na niektóre “złote rady” będzie niewcielanie ich w życie :).

Nie bój się szukać pomocy!

Ja wiem, że nasze mamy i babcie miały sposoby na (prawie) wszystko. Radziły sobie świetnie, najlepiej jak umiały.  Jednak nie wszystkie problemy da się rozwiązać “babcinymi” sposobami. I to właśnie pokolenie naszych mam i babć najgłośniej krzyczało do mnie “nie masz mleka, daj butelkę!”… I nie ma się  im co dziwić, za ich czasów nie było np. doradców laktacyjnych!
Ja wiem, że możesz mieć wrażenie, że wszyscy sobie radzą sami. Ja też miałam takie wrażenie. Wydawało mi się, że każda matka znajduje sposób na swoje dziecko, tylko ja nie. Że proszenie o pomoc, konsultacje ze specjalistą są przyznaniem się do porażki. Ale wiesz co? Gówno prawda! Właśnie to jest oznaka, że walczysz!

W naszym przypadku pomogły dwie wizyty w poradni laktacyjnej, tylko dwie! Problem został rozwiązany, a na duszy lżej o jakieś 50kg! 🙂

Jeśli coś Cię niepokoi, szukaj rozwiązania. Spokojna matka to spokojne dziecko.

Matczyny spokój jest bezcenny!

 

 

 

 

 

2 thoughts on ““Urosły Pani piersi w ciąży?” czyli moja historia karmienia piersią :)

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *